Zamknij
REKLAMA

Misja wykonana, polskość i dary po raz kolejny trafiły do Polaków na Białorusi

20:08, 04.02.2020 | Materiał nadesłany przez kierownika wyprawy z darami Marcina Pieńkowskiego
REKLAMA
Skomentuj
fot. nadesłane

Wszystkim darczyńcom w imieniu obdarowanych SKŁADAMY SERDECZNE PODZIĘKOWANIA

W drugiej połowie stycznia, a konkretnie w dniach 23-27.01.2020 r. odbyła się wyprawa mająca na celu przewiezienie darów dla Polaków mieszkających na Białorusi. Pomoc kierowana jest w szczególności do najmłodszych rodaków, ale nie tylko. Wyjazd jest tak naprawdę zwieńczeniem długofalowej pracy szerokiego grona osób, które bezinteresownie poświęcają zarówno swój czas jak i pieniądze.

Na samym początku warto wspomnieć, że w tym roku mija dokładnie 20 lat od spotkania p. Stefana Pastuszewskiego z Panią Majną Szmorgun. To właśnie tamto zdarzenie było zarodkiem trwającej już dwie dekady współpracy środowisk patriotycznych województwa Kujawsko-pomorskiego i okolic Mozyrza-białoruskiego miasta z obwodu homelskiego. Myślę, że nikt wtedy nie przypuszczał jakie będą następstwa tego spotkania. Od 2009r odbyło się 8 wyjazdów z darami oraz 9 turnusów wakacyjnych w Polsce, w których udział wzięło ok. 150 polskich dzieci z Białorusi. Od początku głównymi organizatorami byli Stefan Pastuszewski – Wielki Mistrz Bractwa Inflanckiego oraz Krystian Frelichowski – założyciel Szkolnego Koła Turystycznego PTSM w Złejwsi Wielkiej, przewodniczący bydgoskiego klubu Gazety Polskiej. Z każdym rokiem lista osób wspierających akcję systematycznie wzrasta, a zawiązane więzi i przyjaźnie zaciskają się coraz mocniej.

Wróćmy do naszej wyprawy. Końcowa faza przygotowań to zawsze największy stres, pokrótce postaram się wyjaśnić dlaczego. Dobre chęci organizatorów to nie wszystko. Kluczową rolę odgrywają tutaj ludzie, którzy chcą się podzielić tym co sami mają. Zebranie darów oraz środków na wyjazd to praca, która nie należy do najprostszych. W końcu nie organizujemy wycieczki, tylko staramy się przewieźć jak największą ilości dóbr, która ma wspomóc najbardziej potrzebujących. Kolejną sprawą jest zebranie wolontariuszy, którzy poświęca kilka dni swojego urlopu, żeby wziąć udział w wyprawie. Wbrew pozorom nie zawsze jest to takie łatwe, ponieważ nie chodzi tylko o to, żeby zapełnić busa, ale żeby członkowie wyjazdu wiedzieli po co tam jadą i wywiązywali się ze swoich obowiązków.

Kiedy teoretycznie wszystko jest już gotowe, pojawia się ostatnia, ale chyba największa wątpliwość podczas samej organizacji. Czy dostaniemy wizy? Przy wyjeździe pojedynczych osób zazwyczaj nie jest to problem, ale kiedy ma jechać osiem osób w jednym busie ambasada zaczyna „węszyć".Przekonałem się o tym w roku 2019, kiedy odmówiono mi przyznania wiz bez podania przyczyny. Wtedy zdecydowaliśmy się na skorzystanie z usług agencji, okazało się to skuteczne, dlatego w tym roku postąpiliśmy podobnie. Po raz kolejny się udało, ale nie obyło się bez telefonów do osób zapraszających, a wizy dotarły do nas w dzień wyjazdu.

Środki na przejazd oraz dary zebrane, ekipa wolontariuszy również, wizy wbite w paszporty – można ruszać!

Postanowiliśmy, że wyruszymy w czwartek późnym wieczorem. Dzięki nocnemu przejazdowi chcieliśmy ominąć kolejki na granicy. O godzinie 20 wszyscy zebraliśmy się na wełnianym rynku 11 – biurze europosła Kosma Złotowskiego, jednym z miejsc, w którym były zbierane dary. Następnie przejechaliśmy do biura posła Tomasza Latosa, kolejnego miejsca zbiórki.

Przed wyjazdem z Bydgoszczy pojechaliśmy na ul. Dworcową 62, siedzibę główną p. Stefana Pastuszewskiego, żeby zapełnić darami ostatnie wolne przestrzenie busa i przyczepki. Obładowani do granic możliwości ruszyliśmy w stronę Terespolu, gdzie mieliśmy przekroczyć granicę.

Po około 6 godzinach jazdy dotarliśmy do przejścia granicznego. Dla mnie osobiście, jest to zawsze najbardziej stresujący moment każdej wyprawy. Tak jak przypuszczaliśmy – kolejek brak. Polska strona jak zawsze. Rutynowe sprawdzenie dokumentów i można jechać. Przygoda zawsze zaczyna się, kiedy dotrzemy do celników po stronie białoruskiej. Tym razem nie było inaczej.

Wychodzi do nas młoda Pani o całkiem sympatycznym wyrazie twarzy. Prosi, żebyśmy otworzyli przyczepkę oraz busa. Wszystko przebiega w zaskakująco przyjemnej atmosferze. Zapytała ile mamy kilogramów (przez granicę można przewieźć jedynie 25 kg. nowych rzeczy na osobę). Jak przystało na porządnych obywateli z uśmiechem, ale również lekkim zaniepokojeniem, skłamaliśmy, że tyle ile możemy. Oczywiście gołym okiem było widać, że jesteśmy srogo przeładowani. Pan Stefan, który jako jedyny płynnie mówi po rosyjsku, na wszystkie sposoby próbował przekonać panią celniczkę, że wszystko jest tak, jak być powinno. Niestety, w końcu padło zdanie, którego nikt z nas nie chciał usłyszeć: musimy zważyć kartony. Dla nas było jasne, że darów mamy więcej niż limity na to pozwalają, ale do tej pory zawsze się jakoś udawało. Nie tym razem. Po zważeniu darów okazało się, że nasze przekroczenie wynosi 120 kg. Była to zaniżona waga, co wskazywało na dobre serce celniczki, z drugiej strony taka jej praca. Stwierdziłem, że spróbuję jeszcze jednej rzeczy. Przed każdym wyjazdem zgrywam zdjęcia z „ceremonii", podczas których wręczamy dzieciom przywiezione upominki. Poprosiłem więc naszą celniczkę na bok, zacząłem pokazywać jej zdjęcia i mieszając język polski z kilkoma słowami, które znam po rosyjsku zacząłem jej tłumaczyć, że to nie dla nas tylko dla dzieci. Liczyłem, że uda mi się tym sposobem skruszyć mury urzędowych obowiązków. W oczach celniczki pojawiły się łzy, po czym zakrywając twarz jedną dłonią powiedziała łamiącym się głosem powiedziała, że już nic nie może zrobić, ponieważ kamery skierowane są prosto na wagę.

Usłyszeliśmy wyrok: 4 euro za każdy przekroczony kilogram albo możecie wrócić do Polski, zostawić „nadbagaż" i przejechać granicę jeszcze raz. Po krótkiej naradzie stwierdziliśmy, że pakujemy busa i wracamy. Ponad 2000 zł przekroczyłoby budżet wyjazdu. Na nasze szczęście w Terespolu jest jedno miejsce, gdzie udało się owe dary przechować. Zanim wróciliśmy, na granicy nastąpiła zmiana wartowników. Druga próba przekroczenia granicy była o wiele łatwiejsza, chociaż nie o było się bez ponownego ważenia naszych pakunków. W końcu, po stracie kilku godzin udało się przejechać granicę. Wspólnie stwierdziliśmy, że celniczka, która ważyła nas za pierwszym razem musiała coś o nas szepnąć, ponieważ drugie ważenie było już sztuką dla sztuki. Szczuplejsi o wspomniane 120 kg. i opóźnieni o kilka godzin ruszyliśmy w kierunku Niedźwiedzicy, naszego pierwszego przystanku.

Przywitał nas ksiądz Wincenty Siewruk, człowiek o niesłychanej osobowości, który wkłada całe serce we wszystko co robi. Praktycznie co roku spotykamy go w innym miejscu, ponieważ biskup wykorzystuje jego zawzięcie do działania i przenosi go do parafii, która aktualnie najbardziej tego potrzebuje. Zostaliśmy zaproszeni do stołu. W prostocie białoruskiego jedzenia zawsze zaklęta jest magia smaków. Zaraz po posiłku przystąpiliśmy do rozpakowywania i dzielenia darów. Z racji tego, że Niedźwiedzice to mała wioska, a my przyjechaliśmy w weekend nie udało nam się spotkać z dzieciakami. Podczas segregowania m.in. słodkości dowiedzieliśmy się jaką taktykę na przekazanie tego co przywieźliśmy ma ksiądz proboszcz.

Poprosił nas, żebyśmy nie przygotowywali paczek tak jak w poprzednich latach. Powiedział nam, że tutaj wygląda to inaczej. To nie dzieci przychodzą do niego, to on jeździ do dzieci. Organizuje katechezy w sąsiednich, równie małych miejscowościach. Powiedział zdanie, które zapadło mi w głowie: „Mogę przekazać im całą radość w jednym momencie robiąc duże paczki, albo ją dozować przez najbliższe kilka tygodni, za każdym razem mając dla nich jakiś upominek albo smakołyk". Podejście prawdziwego duszpasterza. Ksiądz miał swoje obowiązki, dlatego zaproponował nam, żebyśmy odwiedzili dwór Tadeusza Reytana, który znajduje się w Hruszówce, miejscowości położonej niedaleko plebanii naszego gospodarza. Pojechaliśmy. Miejsce, które okazało się troszeczkę zaniedbane niesamowicie pobudziło naszą wyobraźnię. Po obejściu posiadłości odśpiewaliśmy wspólnie hymn, oddając tym samym hołd jednemu z najpopularniejszych polskich patriotów.

Wróciliśmy do księdza Wincentego na kolację i pomimo tego, że nasza podróż trwała już dobę, ciężko było odejść od stołu i pójść na zasłużony odpoczynek. Przecież mieliśmy sobie tyle do powiedzenia.

Następnego dnia z samego rana wyruszyliśmy w dalszą trasę. Jechaliśmy o połowę lżejsi. Przyczepkę zostawiliśmy w Niedźwiedzcy co pozwoliło na szybsze przemieszczanie. Naszym następnym celem był Mozyrz. Ksiądz Aleksander, który był naszym kolejnym gospodarzem, zapytał się nas czy możemy przyjechać na godzinę 18. Wtedy mieli przyjść parafianie, którzy chcieli się z nami spotkać. Dało nam to trochę czasu na delikatne odbicie od głównej drogi. Mogliśmy dzięki temu na własnej skórze poczuć historię rodu Radziwiłłów podziwiając ich dawne posiadłości w miejscowościach Mir i Nieśwież. Oprócz darów mieliśmy zawieźć polskość tam, gdzie powoli ona obumiera. Okazało się, że z każdym odwiedzonym miejscem my sami na nowo ładowaliśmy nasze serca i dusze miłością do Polski.

Do Mozyrza dojechaliśmy punktualnie. Młody, szczupły ksiądz z niepomierną dawką energii przywitał nas jeszcze przed budynkiem. Kiedy tylko przekroczyliśmy próg plebanii, zobaczyliśmy szczerze rozradowane twarze osób, które na nas czekały. Oczy naszych rodaków wypełnione były po brzegi życzliwością i radością. Spotkaliśmy przyjaciół z poprzednich lat, pojawiły się również nowe osoby. Osobiście miałem wrażenie, że ludzie, z którymi się spotkaliśmy z każdą minutą mówią coraz lepiej po polsku. Bariera językowa rozpadała się jak domek z kart. Robiło się późno, a mieliśmy do odwiedzenia jeszcze jedną rodzinę. Na kolejne spotkanie pojechaliśmy do Pani Majny. Tak, tej samej, która 20 lat temu spotkała się z Panem Stefanem Pastuszewskim. Kobiety, która przez 25 lat była Prezesem Związku Polaków na Białorusi, przez co niejednokrotnie była uciskana przez system. Teraz ten urząd piastuje jej córka, a jej wnuczka jest nauczycielką języka polskiego w Mozyrzu. Wieczór, który tam spędziliśmy można zaliczyć do tych, których się nie zapomina. Po wyściskaniu wszystkich i otarciu łez radości Pani Majna zaprosiła nas do biesiady. Na rozpoczęcie toast wzniesiony lampką wina i wspólne śpiewanie pieśni patriotycznych. W tym niesamowitym towarzystwie każda minuta uciekała w mgnieniu oka, a każde wypowiedziane po polsku słowo było wyłapywane i chowane głęboko w sercach Pań, które czekały na nas przez ostatni rok. Takiej radości na widok rodaków nie spotyka się na co dzień. Takiego wzruszenia nie można udawać. Wtedy zacząłem zadawać sobie pytanie: co jest ważniejsze, dary które tam wieziemy czy sam fakt pamięci o prawdziwych Polakach, którzy cały czas tęsknią za Polską? Jednego jestem pewny – misja, którą nieustannie kontynuujemy jest niezmiernie ważna, tym bardziej, że nikt poza nami nie dociera tam ani z pomocą materialną ani z chęcią kultywowania polskiej kultury.

Wieczór minął za szybko. Spaliśmy w różnych miejscach, ale rano spotkaliśmy się na śniadaniu i mszy świętej. Następnie odwiedziliśmy miejsce, w którym Pani Julia (wnuczka Pani Majny) naucza języka polskiego. Salka może mieć między 12 a 15 m2. Na ścianie dumnie wisi polska flaga i godło. Warunki nie są najlepsze, ale wspólnie będziemy starali się je poprawić. Padły już propozycję nauki online, żeby zarówno dzieci jak i dorośli mieli styczność z żywym językiem. Po krótkim spacerze po Mozyrzu i przyspieszonym obiedzie ruszyliśmy w drogę powrotną do Niedźwiedzcy. Dzięki życzliwości księdza Wincentego mogliśmy przespać się przed drogą powrotną do Polski. Niestety dla księży niedziela jest bardzo intensywnym dniem. Odprawiają wtedy kilka mszy w różnych miejscowościach. Natomiast my jesteśmy zmuszeni organizować wyjazdy w weekendy, ponieważ każdy z nas pracuje. Jednak niezłomny ksiądz Wincenty znalazł w sobie jeszcze tyle siły, żeby odpowiadać na nasze niekończące się pytania.

W poniedziałek każdy z nas musiał być w domu, żeby we wtorek stawić się w pracy. Wszystko co dobre szybko się kończy, my jednak postanowiliśmy przedłużyć troszeczkę te błogie chwilę i w drodze powrotnej udało nam się odwiedzić Nowogródek i jezioro Świteź, które było natchnieniem dla naszego wspaniałego wieszcza – Adama Mickiewicza.

Droga do Polski przebiegła bez większych problemów. Wróciliśmy późno w nocy z poniedziałku na wtorek. Wymęczeni, ale szczęśliwi. Niewyspani, ale napełnieni energią do działania.

Do tego, żeby wyprawa mogła się odbyć przyczyniła się cała masa osób, ale tylko ósemka mogła jechać. Tylko my możemy zdać rzetelną relację z tego co przeżyliśmy i podzielić się wrażeniami.

Osobiście czuję się zobowiązany do podziękowania każdej osobie, która wspiera akcję Pomocy Polakom na Białorusi. Dziękuję wszystkim członkom wyprawy: Beacie Szwed, Agacie Łukasik, Stefanowi Pastuszewskiemu, Sławomirowi Majnert, Karolowi Wojtasik, Marcinowi Lewandowskiemu oraz Arkadiuszowi Szopskiemu, wszystkim darczyńcom, bez których ten wyjazd nie miałby prawa bytu. Dziękuję również wszystkim współorganizatorom, a w szczególności Krystianowi Frelichowskiemu, Szymonowi Róg oraz Szymonowi Migale – prezesowi fundacji Prawa, Nauki i Przedsiębiorczości. Dodatkowo dziękuję wszystkim, którzy sprawili, że pobyt na Białorusi był tak wspaniałym przeżyciem.

Na zakończenie chciałbym przypomnieć, że w nadchodzące wakacje mamy zamiar zorganizować wakacje dla Polskich dzieci z Białorusi. Jest to najłatwiejsza i najbardziej skuteczna droga do przybliżenia im kraju ich przodków i nauki języka polskiego. Ksiądz Proboszcz Aleksander zadeklarował, że pomoże w zebraniu grupy i postara się zostać jednym z opiekunów maluchów. Takich ludzi jak on ze świecą szukać.

Niestety koszty wyrobienia wiz do Polski znacznie wzrosły, dlatego po raz kolejny wysyłamy prośbę o pomoc w realizacji naszego wspólnego celu. Na konto można wpłacać każdą kwotę. Każdy z nas ma różne możliwości finansowe, ale nawet 5 złotych wysłane przez wystarczająco dużą ilość osób przybliża naszych rodaków z Białorusi do odwiedzenia kraju przodków.

Od dzisiaj rozpoczynamy zbiórkę na wakacje letnie dla młodych Polaków ze wschodniej Białorusi.. Wpłat można dokonywać na konto:

Fundacja Prawa, Nauki i Przedsiębiorczości

ul. Magazynowa 1

85-790 Bydgoszcz

(KRS: 0000504066)

nr konta: 46 2490 0005 0000 4530 2892 6303

tytułem: Pomoc Polakom z Białorusi z Białorusi

Fundacja nie zatrudnia żadnych pracowników. Prezes wykonuje swoje funkcje za darmo, a więc wszystkie zebrane środki idą na wskazany cel !!!

Można też przekazać 1% z podatku na Fundacja Prawa, Nauki i Przedsiębiorczości . Przy wypełnianiu PiT-u wystarczy wpisać:

KRS 0000504066

cel szczegółowy: Pomoc Polakom na Białorusi

Osoby, które zechciałyby zaprosić gości do swojej miejscowości zapewniając im nieodpłatnie różnego typu atrakcje takie jak pływalnie, karuzele, spływy, zwiedzanie zamków proszone o konak z koordynatorem akcji Przewodniczącym klubu Gazety Polskiej Krystianem Frelichowskim tel. 502224337

(Materiał nadesłany przez kierownika wyprawy z darami Marcina Pieńkowskiego)

Co sądzisz na ten temat?

podoba mi się 0
nie podoba mi się 0
śmieszne 0
szokujące 0
przykre 0
wkurzające 0
facebookFacebook
twitterTwitter
wykopWykop
komentarzeKomentarze
REKLAMA

komentarz (0)

Brak komentarza, Twój może być pierwszy.

Dodaj komentarz

© e-krajna.pl | Prawa zastrzeżone